Mamy taką sytuację…

Cywilizacja przemysłowa, oparta na użytkowaniu taniej energii z paliw kopalnych, jest na schyłkowym etapie swojej historii. Bujny rozwój infrastruktury uzależnionej od jednego typu nieodnawialnych zasobów spowodował tak znaczną modyfikację środowiska naturalnego, że staje się ono nieprzyjazne zarówno dla tejże cywilizacji, jak i dla multum gatunków, człowieka nie wyłączając.

Przekształcenie owo polega z jednej strony na rabunkowym wydobyciu i zużyciu (w sposób nieodwracalny) paliw i innych surowców, z drugiej zaś na emisji gazów cieplarnianych i innych zanieczyszczeń, równie nieodwracalnie modyfikujących chemiczne i fizyczne procesy w ekosystemie Ziemi.

Motorem tego procesu jest doktryna utożsamiająca wzrost gospodarki, a więc wzrost zużycia surowców (oraz emisji zanieczyszczeń) z postępem. Według tej „świeckiej religii”, jak ją określa J. M. Greer, nieograniczony postęp „z jaskini do gwiazd” jest atrybutem człowieka, jako jedynego gatunku, którego nie dotyczy ani cykliczność procesów ekologicznych, ani granice wzrostu.

Zbudowana na tych założeniach cywilizacja, której kośćcem jest system pieniądza kredytowego (powstającego jako kredyt i po likwidacji pozostawiającego odsetki do spłacenia) dla swojej egzystencji wymaga ciągłego wzrostu wykładniczego. Obecnie minimalna stopa wzrostu, pozwalająca utrzymać stabilność sektora finansowego („zbyt dużego, by upaść”) wynosi 3,5% rocznie. Oznacza to, że zapotrzebowanie na zasoby (i obciążenie środowiska) podwaja się co 25 lat.

Wszelkie próby spowolnienia tego procesu, jego odwrócenia („degrowth”) czy wręcz zbudowania jakiegoś systemu alternatywnego i przełączenia się nań, grożą destabilizacją światowego obiegu pieniądza, załamaniem finansowanej przezeń gospodarki realnej i sfery socjalnej. Wynikiem byłoby oczywiście załamanie obecnych struktur społecznych, społecznych i wreszcie politycznych. Słowem, upadek cywilizacji przemysłowej i stworzonego przez nią społeczeństwa.

Z drugiej strony, utrzymanie tego tempa wzrostu gwarantuje w ciągu następnych kilku dekad albo zapaść w wyniku wyczerpania (czytaj: zaporowego wzrostu cen) krytycznych surowców, albo katastroficzne zmiany środowiskowe, uderzające bezpośrednio w infrastrukturę. Wystarczająco duże zakłócenia jej działania lub jej unieruchomienie z braku surowców, części lub funduszy, spowoduje takie same skutki jak kontrolowane zmniejszanie gospodarki, tyle że w lawinowy sposób.

Ludzkość, metaforycznie mówiąc, rozpędziła swoją cywilizację ponad bezpieczną prędkość, a następnie podłożyła pod nią bombę, która wybuchnie, jeśli pojazd zwolni.

Prosimy nie zapinać pasów. I tak nie ma po co.